Rasizm wciąż ma się dobrze zarówno w Europie, jak i w Izraelu – tylko ofiary są inne

Racism is alive and well in both Europe and Israel – with different victims

W tym tygodniu sondaż CNN pokazał, że antysemityzm w Europie jest wciąż żywy. Pytanie jednak brzmi: gdzie w takim razie kończy się uczciwa krytyka polityki Izraela, a gdzie zaczyna antysemityzm?

Wyniki te pomagają otworzyć oczy na pewne rzeczy. 20 procent młodych Francuzów nie wie nic o Holokauście. Co więcej, podobny procent myśli, iż antysemityzm to po prostu reakcja na zachowanie samych Żydów. Jedna trzecia badanych uważa, że Żydzi mają zbyt duże wpływy.
Podczas gdy powinniśmy, bez żadnych wyjątków, potępiać każdy przejaw antysemityzmu, warto jednak przyjrzeć się bliżej wynikom tego badania.

Po pierwsze byłoby ciekawie dowiedzieć się, jak ów procent respondentów negatywnie nastawionych do Żydów ma się do tych, którzy źle myślą o muzułmanach i czarnych. Upewnijmy się, czy przypadkiem nie jest tak, iż potępiamy jeden rodzaj rasizmu, a inny uważamy za całkiem normalny.

Po drugie należałoby wspomnieć o paradoksie antysemityzmu syjonistycznego: wielu Europejczyków (i Amerykanów) nie chce Żydów w swoich krajach, lecz popierają ekspansję Izraela na Zachodnim Brzegu. Jak zatem to policzyć?

To prowadzi nas do kluczowego pytania: jak mierzyć antysemityzm? Gdzie kończy się usprawiedliwiona krytyka izraelskiej polityki na Zachodnim Brzegu i gdzie zaczyna antysemityzm? Wyjaśnijmy to na przykładzie dalszych obserwacji.

Dwie twarze

Jednym z najlepszych sygnałów tego, że z naszego życia publicznego znika ironia, była pewna powtarząjaca się metafora negocjacji pomiędzy Izraelem a Palestyńczykami. Około dziesięciu lat temu, kiedy to trwały rozmowy pokojowe, palestyński negocjator zauważył, iż mimo że Izraelczycy pozornie ustalali, jak podzielić Zachodni Brzeg, tak naprawdę jednocześnie coraz bardziej się tam osiedlali.

Porównał to do sytuacji, kiedy dwóch gości negocjuje, jak podzielić między sobą pizzę, podczas gdy jeden z nich cały czas po kawałku ją podjada.

W niedawnym dokumencie na temat Zachodniego Brzegu jeden z osiedleńców wspomina tę anegdotę lecz bez ironii, za to z brutalną satysfakcją: „Nasze negocjacje z Palestyńczykami są jak debatowanie nad podziałem pizzy w czasie, gdy cały czas ją po kawałku jemy” – mówi ze złośliwym uśmieszkiem.

Jest coś mocno niepokojącego w tym, jak ten dokument telewizyjny, z którego przytoczyliśmy przykład z jedzeniem pizzy, przedstawia osiedlanie się za Zachodnim Brzegu. Dowiadujemy się, iż dla większości nowych osiedleńców to nie syjonistyczne marzenia sprawiły, że zechcieli się tam przenieść, lecz raczej możliwość zamieszkania w czystym i ładnym miejscu blisko dużego miasta (w tym przypadku Jeruzalem).

Opisują swoje życie tam jako o wiele lepsze niż mieszkanie na przedmieściach Los Angeles: okolica jest zielona, powietrze czyste, woda i elektryczność tanie, a duże miasto łatwo dostępne dzięki specjalnym autostradom. Dodatkowo cała lokalna infrastruktura (szkoły, centra handlowe itd.) jest tańsza niż w USA i dofinansowana przez państwo.

Nieludzie

Jeśli chodzi o Palestyńskie miasta i wioski, które je otaczają, są one praktycznie niewidzialne. Występują głównie w dwóch formach: jako tania siła robocza budująca osady oraz zdarzające się od czasu do czasu akty przemocy traktowane jako pewna niedogodność. W skrócie, większość osiedleńców mieszka w niewidzialnych bańkach. Są odcięci od świata zewnętrznego i zachowują się tak, jakby tamten inny świat ich nie dotyczył.

To marzenie leżące u podstaw owej polityki nigdzie nie jest tak dosadnie przedstawione jak na murze, który oddziela pewne osadnicze miasto na Zachodnim Brzegu od miasta palestyńskiego. Izraelska strona muru przedstawia sielskie widoki zza muru: tylko natura, drzewa i trawa, nie ma tam owego palestyńskiego miasta… Czyż nie jest to etniczne oczyszczanie w najlepszym wydaniu
– wyobrażanie sobie, że za murem wszystko jest puste, dziewicze i tylko czeka na zasiedlenie?

Czy zatem powinniśmy wątpić, że Izrael pragnie pokoju na Bliskim Wschodzie? Oczywiście, że pragnie. Jak każdy kolonizator czy okupant, który w chce pokoju po tym, jak już zdobył to, czego chciał. Pokój oznacza, że mogą się cieszyć tym, co zagrabili.

Niemcy bez wątpienia szczerze chcieli pokoju po tym, jak w 1941 mieli pod okupacją większą część Europy (i bezwzględnie walczyli z oporem jak z terroryzmem). Jeśli zaś chodzi o termin „kolonizacja”, powinniśmy sobie przypomnieć, że na początku syjoniści używali tego terminu w odniesieniu do swoich dążeń.

Teraz powróćmy do naszego początkowych rozważań: jeśli ktoś po przeczytaniu tego tekstu uważa go za antysemicki, jest nie tylko całkowicie w błędzie lecz także stwarza zagrożenie dla tego, co najcenniejsze w Żydowskiej tradycji.