Kto ma prawo do publikowania złych wiadomości?

Who has the right to bring the public bad news?

Obecnie codziennie słyszymy skargi na rosnącą kontrolę ze strony cyfrowych mediów, często ze strony ludzi, którzy rzekomo wierzą, że na początku był to koncept nieregulowanej ‘darmochy dla wszystkich’. 

Jednakże pamiętajmy, jakie były początki internetu. W latach 60-tych armia USA myślała nad tym, jak podtrzymać komunikację pomiędzy jednostkami, które by przetrwały, gdyby globalna wojna nuklearna zniszczyła centralę dowodzenia. Ostatecznie pojawił się pomysł, aby połączyć ze sobą rozproszone jednostki z pominięciem (zniszczonej) centrali. 

Dlatego internet od samego początku miał potencjał demokratyczny, ponieważ pozwalał na wielokrotną, bezpośrednią wymianę pomiędzy pojedynczymi jednostkami omijając centralną kontrolę i koordynowanie – i ta nieodłączna cecha stwarzała zagrożenie dla tych przy władzy. W rezultacie ich podstawową reakcją było kontrolowanie cyfrowych ‘chmur’, które pośredniczą w komunikacji pomiędzy jednostkami. 

‘Chmury’ we wszystkich swoich postaciach są nam oczywiście przedstawiane jako moderatorzy naszej wolności. Ostatecznie dzięki nim jestem w stanie siedząc przed swoim komputerem swobodnie surfować po wszystkim, co jest do dyspozycji – przynajmniej tak to wygląda na wierzchu. Niemniej jednak ci, którzy kontrolują te chmury, kontrolują również granice naszej wolności.

Ukrywając zdalne sterowanie

Najbardziej bezpośrednią formą tej kontroli jest oczywiście bezpośrednie wykluczenie: pojedyncze osoby, ale też całe organizacje medialne (TeleSUR, RT, Al Jazeera etc.) mogą zniknąć z mediów społecznościowych (lub też ich dostępność jest ograniczona – spróbujcie poszukać Al Jazeery w hotelowej telewizji w Stanach) bez sensownego wytłumaczenia, zazwyczaj wymieniane są tylko jakieś technikalia.

I kiedy w niektórych przypadkach (np. czysto rasistowskich ekscesach) cenzura jest usprawiedliwiona, robi się niebezpiecznie, gdy odbywa się to w mało przejrzysty sposób. Ponieważ minimalnym demokratycznym wymogiem jest, by cenzura była stosowana w sposób przejrzysty i aby była usprawiedliwiona przez opinię publiczną. Oczywiście takie usprawiedliwienie też może być dwuznaczne, a jego prawdziwe przyczyny – ukryte. 

W Rosji można zostać zamkniętym w więzieniu nawet za udostępnienie w internecie treści, z którymi wyraźnie się nie zgadzamy. Najnowszym przykładem jest Eugenia Chudnovets, nauczycielka przedszkolna z Jekaterynburga, która została skazana na pięć miesięcy w kolonii karnej za przekazanie nagrania, na którym widać, jak ktoś znęca się nad dzieckiem na szkolnym obozie letnim. 6 marca 2017 wyrok ten został podważony. Chudnovets została skazana na podstawie artykułu zakazującego ‘rozpowszechnianie, publiczne demonstrowanie lub reklamowanie danych lub przedmiotów przedstawiających dzieci w sposób seksualny’ ponieważ przekazała w mediach społecznościowych wideo ukazujące jak znęcano się nad nagim dzieckiem podczas obozu w mieście Kataisk w regionie Kurgan. Nauczycielka tłumaczyła, że nie mogła pozwolić na to, żeby to skandaliczne zdarzenie przeszło niezauważone – i miała rację. Ponieważ wydaje się oczywiste, że prawdziwym powodem jej skazania nie było zapobieganie rozpowszechnianiu nieprzyzwoitych wizerunków dzieci, lecz przykrycie tego, że w publicznych instytucjach dochodzi do wykorzystywania i jest to tolerowane przez państwo. 

Pamięć historyczna

Jednakże nie możemy patrzeć na tę sprawę z takiego punktu widzenia, że może się to zdarzyć tylko w Rosji pod despotycznymi rządami Putina – znajdujemy dokładnie to samo uzasadnienie w pierwszym tak szeroko znanym przypadku cenzury mediów społecznościowych, który miał miejsce  we wrześniu 2016, kiedy to Facebook zdecydował o usunięciu historycznego zdjęcia dziewięcioletniej Kim Phuc uciekającej przed nalotem napalmowym. Kilka dni później, po wrzawie, jaką podniosła opinia publiczna, zdjęcie zostało zamieszczone ponownie. 

Patrząc z perspektywy czasu, ciekawe jest to, jak Facebook tłumaczył swoją decyzję: ‘Rozumiemy, że jest to zdjęcie ikoniczne, jednak trudno jest stworzyć rozróżnienie pomiędzy pozwoleniem zamieszczenia zdjęcia nagiego dziecka w jednym przypadku, a w innym nie’. Strategia jest jasna: generalna neutralna zasada moralna (żadnych nagich dzieci) jest przywołana, by ocenzurować historyczne przypomnienie horroru napalmowych nalotów, który rozegrał się w Wietnamie. Idąc w stronę takiego ekstremum należałoby usprawiedliwić zakaz pokazywania filmów, które zostały nagrane zaraz po wyzwoleniu nazistowskich obozów w Oświęcimiu i innych miejscach.

Nawiasem mówiąc, podobna sytuacja zdarzyła mi się kilkakrotnie dwa lata temu, kiedy podczas swoich konferencji opowiadałem o dziwnym przypadku Bradleya Bartona z Ontario w Kanadzie, który w marcu 2015 został oczyszczony z zarzutu morderstwa pierwszego stopnia dokonanego na Cindy Gladue, rdzennej Amerykance, pracownicy seksualnej, która wykrwawiła się na śmierć w Yellowhead Inn w Edmonton na skutek jedenastocentymetrowej rany w ścianie pochwy. Obrona argumentowała, że Barton spowodował śmierć Gladue przez przypadek podczas ostrego seksu, na który wyraziła ona zgodę; sąd przychylił się do tej argumentacji. 

Jednak ten przypadek nie tylko stoi w sprzeczności z podstawową intuicją etyczną – mężczyzna brutalnie morduje kobietę podczas czynności seksualnej, ale pozostaje na wolności, bo ‘przecież nie chciał’. Bardziej niepokojącym aspektem tej sprawy jest fakt, iż przychylając się do żądania obrony, sędzia pozwolił jako dowód w sprawie zaprezentować zakonserwowaną miednicę Gladue. Została ona przyniesiona do sądu, dolna część tułowia została pokazana ławie przysięgłych (tak na marginesie, jest to pierwszy przypadek, kiedy część ciała była pokazana podczas procesu w Kanadzie). Dlaczego wydruk fotografii nie wystarczył?

Nie mówię nic złego 

Chodzi mi o to, że byłem kilkakrotnie atakowany za mój przekaz na temat tej sprawy: zarzut był taki, że poprzez opisywanie sprawy powielałem ją i przez to symbolicznie powtarzałem. I mimo że dzieliłem się nią z dezaprobatą, rzekomo pozwalałem swoim słuchaczom znajdować w tym perwersyjną przyjemność. 

Te ataki na mnie dobrze przedstawiają przykład ‘politycznie poprawnej’ potrzebie chronienia ludzi przed traumatycznymi i niepokojącymi wiadomościami i obrazami. Mój kontrapunkt jest taki, że aby zwalczać takie zbrodnie, trzeba przedstawiać je w całej ohydzie i trzeba być nimi zszokowanym. 

W innej erze, w swoim wstępie do ‘Folwarku zwierzęcego’ George Orwell napisał, że jeżeli wolność cokolwiek znaczy, to znaczy ‘prawo do mówienia ludziom tego, czego nie chcą słyszeć’ – TO jest ta wolność, której jesteśmy pozbawiani, kiedy nasze media są cenzurowane i regulowane. 

Jesteśmy uwikłani w postępującą digitalizację naszego życia, większość naszej aktywności (i pasywności) jest teraz rejestrowana w jakiejś cyfrowej chmurze, która na zawsze nas ocenia, śledząc nie tylko nasze czyny, ale także stany emocjonalne. I kiedy czujemy się bezgranicznie wolni  (surfując w sieci, w której jest wszystko), jesteśmy totalne uzewnętrznieni i niezauważalnie manipulowani. 

Tak więc cyfrowa sieć nadaje nowe znaczenie staremu hasłu, że ‘to co prywatne, jest polityczne’. I nie chodzi tylko o nasze życie intymne: obecnie wszystko jest w jakiś sposób kontrolowane w sposób cyfrowy; od transportu po zdrowie, od elektryczności po wodę. 

I to dlatego sieć jest teraz naszym największym dobrem i walka o kontrolę nad nią jest TĄ walką naszych czasów. A wróg jest kombinacją sprywatyzowanych i państwowych podmiotów, korporacji (takich jak Google i Facebook) i państwowych agencji bezpieczeństwa (NSA na przykład). 

Cyfrowa sieć, która podtrzymuje działanie naszego społeczeństwa, jak również jego mechanizmy kontroli, jest ostatecznym celem technicznej sieci, która podtrzymuje władzę. I dlatego utrzymanie nad nią kontroli jest naszym głównym zadaniem. 

WikiLeaks to tylko początek i naszym mottem tutaj powinno być maoistyczne ‘niech zakwitną setki WikiLeaks’.